Gdzie jest zwyczajność?

Bodaj w czwartym tygodniu pandemii moja koleżanka zapytała na fejsbuku dlaczego nikt nie pisze o nadziei. Było wtedy mnóstwo publikacji o zagrożeniu, stresie, konieczności stawiania czoła i walce, ale o nadziei nie było nic. Teraz wydaje się, że jest inaczej, gdzie nie spojrzeć różni autorzy podejmują temat nadziei. Chętnie również skłaniają nas do zastanawiania się jak to będzie „po”. Jacy wyjdziemy z tego doświadczenia i jak urządzimy życie na nowo. Zatem wciąż jesteśmy mobilizowani, stymulowani do planowania, projektowania. Czuję jakbyśmy stale byli wprzęgani w wysokie obroty starań, ale o co? By ocalić – co? By przewidzieć – co? By przygotować się – na co?

W gruncie rzeczy to stale ten sam paradygmat: zewrzeć siły aby zabezpieczyć, określić, wyprzedzić, upewnić się, uzyskać… No właśnie – co? Znamy ten tryb doskonale: działania w lęku, że nie zdążymy, że nas ubiegną, że przegramy. Znamy również jego inną stronę: działania na haju, by zdobyć, być na czele, efektywnym niezależnie od fizjologii, skutecznym bez żadnej wpadki. Tego się od lat od nas oczekuje w codziennym życiu zawodowym, tak przywykliśmy działać myśląc o sukcesie (czyli czym?). I podobno było/jest to strasznie wyczerpujące, podobno mieliśmy dość, podobno marzyliśmy latami o odpoczynku, ponoć potrzebowaliśmy strasznie silnych bodźców – o paradoksie – żeby umieć się zresetować.

Zatem przyszedł taki bodziec. Kompletnie inny, nikomu dotąd nie znany, uderzył adekwatnie do stopnia udręczenia świata – wszędzie, bez ostrzeżenia, śmiertelnie zagrażając. Nazywa się pandemia. I co na to my – świat ludzi pracujących? Po chwili szoku, że to nie sen i jednak nas dotyczy, zaczęliśmy wyciągać dobrze znane uzbrojenie, „narzędzia” by się przeciwstawić, obronić, pokonać, nie dopuścić.

Inaczej mówiąc wciąż używamy retoryki walki, choć od lat twierdziliśmy, że mamy jej dość. Ta wspomniana nadzieja, poruszana obecnie wokół, też się odnosi do tego, że jeszcze wróci to co znamy, że będzie „normalnie”. Za jaką normalnością tęsknimy? Przepracowaniem sprawiającym, że w wolne dni chorowaliśmy albo nie mieliśmy siły odpoczywać? Kalendarzem nabitym aktywnościami w taki sposób, że nie zauważaliśmy umykających pór roku? „Mieszkaniem” w miejscu pracy ze współpracownikami zamiast w domu z rodziną? Umawianiem się na spotkania ze znajomymi na za 2 miesiące lub w przerwie między dentystą a squashem? Niepoznawaniem własnych dzieci bo nie wiadomo kiedy powyrastały?

Małymi krokami

Niedawno znalazłam w internecie taki tekst:

Moja babcia dała mi kiedyś taką wskazówkę:
Gdy czasy są trudne, poruszaj się do przodu małymi krokami.
Rób to, co musisz, ale po trochu.
Nie myśl o przyszłości, ani o tym, co może stać się jutro.
Pozmywaj naczynia.
Zetrzyj kurz.
Napisz list.
Ugotuj zupę.
Widzisz?
Posuwasz się do przodu, krok po kroku.
Zrób jeden krok i zatrzymaj się.
Odpocznij.
Doceń siebie.
Zrób kolejny krok.
Potem kolejny.
Nie zauważysz tego, ale twoje kroki staną się coraz dłuższe.
Aż nadejdzie czas, kiedy będziesz mógł myśleć o przyszłości bez płaczu.

Elena Mikhalkova, „The Room of Ancient Keys”.

W dodatku był zilustrowany zdjęciem Tashy Tudor, niezwykłej kobiety, która kilkadziesiąt lat temu oparła się współczesności i zdobyczom cywilizacji i żyła jak w XIX wieku. Zachęcam o niej poczytać.

Doświadczenie

Wpadła mi ostatnio w ręce książka Marii i Piotra Fijewskich pt „Nieobecni”, napisana pod wpływem doświadczania pogoni za czasem w codzienności i znajdowania w otoczeniu mnóstwa przykładów na to zmaganie wśród innych ludzi. Autorzy piszą tak: „Przedziwnie przyśpieszony upływ czasu to tylko objaw syndromu wycofania się z doświadczenia, czyli nieobecności w swoim własnym życiu”. Jednym z jego przejawów są kłopoty z pamięcią – nie pamiętamy co obiecaliśmy komuś wczoraj, na co umówiliśmy się z bliskimi. Zaskakuje nas gdy inni ludzie są nami wtedy rozczarowani, czujemy do nich żal. Tymczasem to mocny sygnał, że się pogubiliśmy, my, nie oni. Gdy już dotrze do nas, że to nasza sprawa czujemy chęć zmiany. Jednak do niej też podchodzimy w znany sobie sposób – zadaniowo. Podobnie przydarza się teraz, w sytuacji przymusowej izolacji. Na początku kipieliśmy energią – na potęgę sprzątaliśmy, gotowaliśmy, wymyślaliśmy super atrakcyjne zabawy dzieciom, reperowaliśmy/remontowaliśmy to co od dawna czekało na taką aktywność, ćwiczyliśmy, bo ciało krzyczy od lat, czytaliśmy odkładane od dawna książki.

Potrzebujemy doświadczać, tak jesteśmy skonstruowani, ale doświadczanie przenieśliśmy w dużym stopniu na sferę zawodową i przestało mieć charakter osobistego kontaktu z własnym przeżywaniem płynących chwil. Stało się odhaczaniem check-listy, zadań do wykonania. I wygląda na to, że nasz umysł, nawykły do takiego trybu, próbuje nas teraz ustawić w tych samych trybach ale bez należytego rozpoznania kontekstu. My się z tym kontekstem pogodzić nie chcemy. Czujemy opór na przymus zamknięcia tych wszystkich miejsc, do których można było pójść, pojechać, polecieć. Ogarnia nas przerażenie na myśl, że nie możemy przewidzieć ile czasu tak będzie trwało, że nie wiemy jak ten czas zagospodarować. Bo do tego nawykliśmy – że czas jest zasobem, który nie jest wartością samą w sobie tylko narzędziem potrzebnym do innych, ważniejszych rzeczy. Czym zatem jest doświadczanie? Trwanie w czasie? To może się wydać dziwne, ale polega na tym by być i nic nie robić. Powiedzmy, że przyniosłam do domu bez, który zakwitł na trasie mojej rowerowej przejażdżki, na opuszczonej działce. Wstawiłam go do wody i siedząc w pobliżu poczułam jak cudownie pachnie. Patrzę na jego niezliczone kwiatki, podziwiam odcienie fioletu, kształty kiści, przetykające je zielone listki. Siedzę i patrzę, czuję jak miarowo oddycham i nie odwracam wzroku od liliowego kwiecia. Mój zachwyt skłania mnie by przybliżyć twarz i wąchać tę jedyną w swoim rodzaju majową woń. Zanurzam nos w kwiatkach i myślę: niech ten zapach trwa bez końca, niech ten fiolet nie blaknie. Znów siedzę i przyglądam się fioletowej chmurze. Czuję, że się uśmiecham do bzu, myśląc o sytuacji, która się dzieje. Tak jest dobrze, niech tak będzie, niczego więcej nie potrzeba.

Moja aktywność sprowadziła się do wąchania bzu, reszta wydarzyła się w mojej głowie i w emocjach. Doświadczanie cudu jakim jest bez dokonało się. Mam poczucie, że ten kontakt pozwolił mi w pełni przeżyć niezwykły fragment wiosny, ona mnie nie ominęła, a ja pozwoliłam jej by mnie ogarnęła.

Kilka lat temu, udręczona przepracowaniem odkryłam ten sposób na spotkanie się z czasem, który wcześniej uciekał mi, a ja coraz bardziej zanurzałam się w smutku. Wtedy bez stał się moim nauczycielem a naukę przeniosłam potem na truskawki, czereśnie, letnie łąki, jesienne liście i gruszki, zimowe choinki. Zwyczajność. Przecież nie opisałam niczego czego byśmy nie znali. Tylko czy sobie rzeczywiście pozwalamy ją znać?

Nicnierobienie

To co teraz przeżywamy, zagrożenie chorobą, minie. Nie wiemy jak, czy na zawsze, ale minie. Nie wiemy, kiedy nadejdzie ratunek, choć wszyscy wyglądamy medycznych doniesień o skutecznej szczepionce i lekach. Rozsądek podpowiada, że ludzkość wymyśliła już wcześniej szereg antidotów na różne zagrożenia, więc i tym razem tak będzie. Jednak nie wiemy kiedy tak się stanie. W gruncie rzeczy mamy do wyboru: mobilizować się i działać w starym schemacie między lękiem a forsowaniem zaangażowania lub usiąść i rozejrzeć się. To drugie rozwiązanie wydaje się być bardziej kontrowersyjne, jednocześnie dziwnie pociągające, zwłaszcza, że efektów tego pierwszego też trudno przewidzieć. Zatem zapraszam, siądź i rozejrzyj się. Nie, co jest do zrobienia, ale – co dzieje się tam gdzie jesteś. Są zapewne rzeczy, na które powinieneś / powinnaś odpowiedzieć działaniem, ale wypatrz te, które go nie potrzebują. Im się przyjrzyj, a tak naprawdę sobie, gdy je dostrzegasz. Jest możliwe, że najpierw odczujesz niepokój i głowa wrzuci pytania: ile czasu zajmuje Ci takie „nicnierobienie”, kiedy skończyć i co ma być efektem. Puść te pytania wolno, niech przepłyną przez Twoją głowę. Sprawdź jak zareagowało na nie ciało i skieruj na nie oddech. A potem zdecyduj, czy masz coś do zrobienia, co i jak.

Jesteśmy zaprogramowani na to być szczęśliwymi. Ale, jak pisze Marcin Fabjański w książce „Zaufaj życiu”, nadawanie szczęściu wielkiej wartości może obniżać poziom jego odczuwania. Bo wyznaczając sobie tak wysokie standardy szczęścia nie jesteśmy zdolni ich osiągnąć. Opieranie szczęścia na wyobrażeniu jak powinno wyglądać, tylko nam je zabiera. Mówiąc szerzej: obsesja szczęścia sprawia, że widzimy świat jako środek do zaspokajania naszych potrzeb, a nie jako świat. Tymczasem, mówiąc za profesorem Antonim Kępińskim: im bliżej procesu życia jesteśmy, tym bardziej jesteśmy zdrowi. Im dokładniej przeżywamy jego rytm, tym pełniejszym życiem żyjemy. De facto nadzieja odbywa się w tym doświadczaniu zwyczajności, które jest nam dane. Obserwowanie rytmu natury niezmiernie w tym pomaga, dlatego tak chętnie przywołałam kwitnący w tej chwili bez.

Realiści, nie optymiści

Niektórzy myślą, że w trudnych okolicznościach najważniejszy jest optymizm. Włożę kij w mrowisko przytaczając paradoks amerykańskiego Admirała Jamesa Stochdale’a, który torturowany spędził ponad 7 lat w wietnamskiej niewoli, przeżył ją i był bohaterem dla wielu współwięzionych, z których wielu nie doczekało wyzwolenia. Zapytany o to kto poddawał się najpierw odpowiedział, że optymiści. Realizm Stochdale’a to twarde słowa: „Nie będziemy wolni na Boże Narodzenie! Czas zdać sobie z tego sprawę”. Zacytujmy jeszcze: „Nie wolno mylić wiary, że uda się na końcu zwyciężyć, której nigdy nie można utracić, z umiejętnością stawienia czoła nawet najbardziej brutalnym faktom otaczającej Cię rzeczywistości, jakiekolwiek by one były”.

Intuicja pomaga

W odnajdowaniu się w aktualnej rzeczywistości może nam pomóc wiedza o systemach ludzkiego umysłu, które opisał psycholog Daniel Kahneman. System pierwszy opiera się na intuicji. Jest szybki, automatyczny, bezwysiłkowy i nie podlega świadomej kontroli. Drugi system jest analityczny, racjonalny, logiczny, funkcjonuje wolno, działanie w nim wiąże się z subiektywnym odczuciem skupienia, wysiłku i dokonywania wyboru. Jako istoty rozwinięte, to z nim lubimy się utożsamiać. Jednak właśnie on jest naszą pułapką, od której zaczęłam ten tekst. Tymczasem chodzi o to, by w aktualnej sytuacji, kontekście, który był nam dotąd obcy, dać się prowadzić intuicji. Aby mogła wybrzmieć potrzebuje odpoczynku, relaksu. Znają ten stan różni twórcy po okresie intensywnych zmagań z problemem/dziełem. Kiedy przestajemy się na nim koncentrować do głosu dochodzi nieświadomy umysł, który nie przerywa pracy nad nurtującą go kwestią. To wtedy następują wglądy, odkrycia, powstają pomysły. Gdy wyciszamy paplaninę racjonalnego umysłu do głosu dochodzi intuicja. My, ludzie mamy wybór. Możemy decydować, czy słuchamy rozumu, czy intuicji. Pewnie jednego i drugiego. Ale otwierając się na intuicję i wspierając ją racjonalnym myśleniem, możemy działać w zgodzie ze sobą i po nowemu.

 

Skontaktuj się z nami,
jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o innych ofertach,
jakie mamy dla Ciebie.